czwartek, 29 czerwca 2017

Monika, czyli niesamowita mama piłkarza

Monika i Kuba z reprezentantami Polski w piłce nożnej
Zakładając tego bloga nie spodziewałem się aż tak fajnego odzewu od różnych osób. Jestem w szoku, jacy ludzie piszą do mnie i jakimi fajnymi przemyśleniami chcą się z nami podzielić. Jakiś czas temu odezwała się do mnie niesamowita mama małego piłkarza - Monika. 

Wymieniliśmy kilka prywatnych wiadomości i tak właśnie powstał pomysł na poniższy tekst. Może być on inspiracją dla osób, które twierdzą, że nie mają za dużo czasu dla swoich dzieci, bo pracują, bo mają swoje sprawy itd. Super mama nie tylko pracuje na zmiany w systemie po dwanaście godzin, ale praktycznie całe swoje prywatne życie podporządkowała pasji syna Kuby. Uwierzycie, że Monika pomogła spełnić marzenie swojego małego piłkarza i spotkała się - uwaga - z reprezentacją Polski w piłce nożnej? Historia Moniki i Kuby wydała mi się tak fajna, że postanowiłem opisać kilka z przygód na moim blogu. To będzie pierwszy wywiad na blogu taty piłkarza.

Tata piłkarza: Wiem, że jesteś niesamowita mamą i większość swojego wolnego czasu poświęcasz synowi. Jak się zaczęła Wasza przygoda z piłką? Jak długo już Kuba trenuje?

Monika Sawczuk: Kubę do piłki zainspirował jego wujek, mój brat, kiedy oglądali wspólnie występy reprezentacji Polski. Sierpień 2012, dzieci na placu, a oni przed telewizorem. Estonia-Polska 1:0. Z meczu na mecz ciekawość i chęć do nożnej rosła. Następnie przedszkole. Pamiętam jak dziś...Początki wcale nie były lekkie, Kuby rówieśników nie ciągnęło do piłki, woleli huśtawki, karuzelę, drabinki, rolki.

Kibicowanie podczas Euro 2012
Po przedszkolu zwykle biegł na zielone boisko, do starszych dzieci. Siniaki, kontuzje, łzy "nie umiem jak oni", "chłopcy mocno kopią, ja tak nie umiem", "nie dam z nimi rady". Zawsze kończyło się tak samo. Kuba dostawał łomot i wracał do domu z płaczem. I wtedy zaczęła się moja rola. Pocieszanie, ocieranie łez, przytulanie, całowanie siniaków, tłumaczenie i tłumaczenie..."Oni są starsi już umieją", "jeszcze trochę poćwiczysz i będziesz potrafił to co starsi. Kuba nie odpuszczał, nie czekał, ćwiczył.

Wrzesień 2013 już i ja grałam. Czasem zdejmowałam buty na koturnie i na boso biegałam za piłką na szkolnym boisku, bo Kuba chciał się uczyć grać. Nasz pies grał oczywiście z nami! 

Tak się ciągnęła ta przygoda i trwa do dziś, z tym, że wiele się zmieniło. Gdy nie ma rówieśników na boisku, a chce się pograć śmiało pyta starszych czy może z nimi grać. Tak oto został osiedlowym "Małym Messi". 


Pierwszy strój piłkarski Kuba dostał od swojego wujka w sierpniu 2014 roku. W pamięci mam słowa sąsiada "obserwuję Kubę na boisku. Piłka się go słucha" i mój bezcenny uśmiech na twarzy :). Codziennie mnie prosił o spacery na około szkoły z psem, żeby tylko choć chwilę popatrzeć jak grają starsze dzieci. Syn trenuje piłkę trzy lata. Nie mógł się doczekać pierwszej klasy i szkoły wiedząc, że będzie należał do "poważnego klubu". Już na rozpoczęciu roku jako pierwszy uścisnął dłoń swojemu pierwszemu trenerowi. Poprosiliśmy wychowawczynię Kubusia, żeby zaprowadziła nas do trenera. Gdzie inne dzieci pewnie zachwycały się szkołą, klasą, on miał jeden cel-grać w klubie szkolnym w piłkę...I tak od października 2014 zaczęły się treningi.

TP: Gdzie Kuba obecnie trenuje?

MS:  Od początku Kuba trenuje w Top 54 Biała Podlaska, już trzeci rok za nami. W 2016 roku zmieniliśmy lokalizację i "poszedł w świat" na głębszą nieco wodę. Dwa lata trenował z dziećmi tylko ze swojej szkoły, ostatni rok szkolny trenował z dziećmi z całego miasta. To był jego świadomy wybór, który ja poparłam obserwując go i podpytują trenera czy sobie tam już poradzi. W szkole treningi zaczęły zwyczajnie go nudzić. Nie musiał się trudzić, nie miał z kim za bardzo rywalizować i zatrzymywał się w miejscu. Kuba był gotowy na nowe wyzwania. Oczywiście, że miałam obawy...że sobie nie poradzi, że bycie jednym z lepszych się skończy, że będzie przeżywał, że już nie jest taki dobry jak w szkole. Ale nigdy mu nie dałam po sobie tego poznać. Szybko jednak się zaaklimatyzował i robił swoje wśród większej ilości dzieci z rożnych szkół.

Pamiętam mecz z innym rocznikiem i słowa jednej z mam "Julek mówił, że jak Sawczuka nie będzie to przerypiemy". I tak oto rok w rok dostaje statuetkę dla wyróżnionego zawodnika, w Białymstoku został również zauważony i wyróżniony statuetką Najlepszego Zawodnika Turnieju. Na 230 dzieci pobił rekord strzelonych bramek. Drużyna wtedy przywiozła łącznie 22, zaś Kubuś sam 11. Często jest rekordzistą bramek dla swojej drużyny. Dziś wiemy, że to był nasz dobry wybór by zmienić lokalizację. Atmosfera, relacje dzieci w drużynie są wręcz wzorowe. Trzymają się razem. Pójście na trening to dla nich nie tylko wysiłek fizyczny, ale i spotkanie oraz zwykła zabawa z kolegami.

TP: Wiem, że działa Pani na pełnych obrotach, jak wygląda wasz tydzień?

MS:   O tak. Pełne obroty w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wychowuję Kubę sama i wspieram jego pasję. Pracuję w systemie zmianowym po 12 godzin. Dzień, noc, dwa dni wolne, w tym jeden wolny dzień przeznaczam na inną pracę. Do moich obowiązków należy: praca, pies, żółwik, dom, syn, a co za tym idzie poza zwykłym życiem za czterema ścianami, gdzie trzeba poprać, poprasować, ugotować, posprzątać, odrobić lekcje i utrwalić materiał przerobiony w szkole...są treningi, turnieje, sparingi, uroczystości w szkole.

Jeśli pracuję 12 godzin, to po pracy wpadam do domu i nadrabiam po 19. lekcje, jakieś podstawowe obowiązki, bądź zadania domowe na cito. Kąpiel i człowiek już tylko marzy by się położyć. Rozmowy do późna po całym dniu rozłąki...Kuba akurat ten rok miał trzy popołudnia, gdy mnie nie ma kończąc o 16:30, musiał dostać się na trening sam. Praktycznie od razu po szkole. Czas miał na zostawienie plecaka i przebranie się. Miedzy szkołą czasu na odpoczynek i na lekcje nie było. Wtedy w ruch szło wszystko.

 Nauczył się jeździć sam autobusem, często korzystał także z taksówki. Taksówkarze z naszej ulicy już wiedzieli, gdzie mają Kubusia zawieźć. Raz mi się kiedyś zdarzyło, że w tym pędzie zapomniałam włożyć grubych pieniążków na opłatę za turniej, wtedy znajomy taksówkarz mi pożyczał, żeby nie wracać po pieniądze. Tak już nas znają. Wielkie wsparcie mam także od koleżanek, które gdy mogły, zabierały na trening i przywoziły Kubusia do domu. Ogromna pomoc.

Dzień gdy mam na noc, bądź wolne. Wstajemy, śniadanie, czasem lekcje, albo czas dla siebie, którego brakuje po szkole. Obowiązki domowe (he,he to mój tzw. czas dla siebie), a Kubuś Fifa, spacer z psem. Czasem coś dokończy w lekcjach. Choć trzeba przyznać, że w taki dzień oboje odsypialiśmy do tej 9, więc tego czasu tak na prawdę nie było za wiele. Gdy o 11 trzeba szykować się do wyjścia do szkoły. I szkoła. A Ja? Nadrabiałam cały dzień spędzony wcześniej w pracy. Zakupy, sprzątanie, prasowanie, gotowanie, zmywanie, odkurzanie. 16:30 po Kubę do szkoły i znowu biegiem na trening. Po treningu lekcje i brak sił czasem nawet na naukę. Nadrabialiśmy szkołę pomiędzy dniami treningowymi. Była tylko szybka analiza tematu ze szkoły. Gdy zrobiło się cieplej, po treningu zabawa. Oczywiście z piłką pod blokiem, albo na boisku. I tak 3 dni maratonu treningowego mijały, bądź dwa. Różnie to wychodziło. W międzyczasie sobota. Turnieje, sparingi wyjazdowe. Pobudka 6, czasem 7 i w drogę. Warszawa, Łapy, Białystok, Radzyń Podlaski, Łuków, Siedlce, Międzyrzec Podlaski, Kąkolewnica, jeszcze pewnie jakieś miejscowości pominęłam w soboty,również graliśmy u siebie na boiskach, także to nie tylko zabawa...ale i wyrzeczenia.Podczas, gdy inne dzieci w sobotę odpoczywają w domach, inne dzieci wstają co świt i spełniają się na boisku. W ciągu roku opuściłam tylko jeden wyjazd do Łukowa, a tak wszędzie za synem na mecze. Często brałam noce, raz odespałam, innym razem nie...życie. Bywało tak, że po nocy wpadłam do domu, budziłam Kubę. Chwila na prysznic i w trasę na turniej wyjazdowy, albo u nas na Topie. I dzień bez odsypianie mijał. Były takie sytuacje, że ciągnęłam dzień, następnie noc...wyjazd i po wyjeździe znowu noc. Mój rekord to trzy noce po kolei. Gdzie pomiędzy nimi toczył się kolejny dzień z napiętym harmonogramem. Takim sposobem udaje mi się uczestniczyć i wspierać syna na turniejach, jak i dzięki takim kombinacjom życiowym udało mi się również uczestniczyć na imprezach w szkole oraz zebraniach :)


TP:  Jak to się stało, że odwiedziliście reprezentację Polski w piłce nożnej?

MS:  Pytanie jak najbardziej na czasie he,he. Wszyscy pytają. Mieszkamy w niewielkim mieście. Ani nie wygrałam,a ni nie załatwiłam. Odpowiedź będzie krótka, zwięzła i na temat i myślę, że dokładnie w punkt. "Nie ganiaj za ludźmi, bądź sobą, rób swoje i pracuj ciężko, a odpowiedni ludzie ci, którzy pasują do twojego życia pojawią się sami". Nazywamy go jednym z naszych "Cichych Aniołów". Czasem, gdy mam doła lub zaistnieje dla mnie przykra sytuacja, bądź gdy nie wiem jak postąpić, wesprze i podpowie. Zwykły prosty człowiek.

TP: Podobno Kuba Błaszczykowski zrobił Wam miłą niespodziankę?

MS:  O tak! Miłą to stanowczo za mało powiedziane. Jadąc tam, tak na prawdę nie wiedzieliśmy do końca na co możemy liczyć. Piłkarze w przededniu meczu mieli napięty harmonogram. Spotkania, treningi, wywiady, ale pomyśleliśmy - zaryzykujemy!

Ja zamieniłam się dyżurami, aby mieć wolne w pracy. Kubuś rano poszedł tylko do Kościoła na Dzień Patrona, akademia go ominęła i w drogę! Odwiedziliśmy stadion i wróciliśmy pod Pałac. Stamtąd udaliśmy się do hotelu, gdzie zatrzymała się reprezentacja. Na bankiet zaczęli przyjeżdżać wytworni goście Hiszpanie, dawny wielki Real Madryt na mecz LaLiga Legends, w którym również braliśmy udział na stadionie Legii. 

Działo się już przed hotelem. Podjeżdżały piękne samochody, taksówki z gośćmi, a ja? Porwane dżinsy, zwykła koszulka, Kubuś tak samo. Wyglądaliśmy tak jak się wygląda po trzy godzinnej podróży i połowie dnia zwiedzania Warszawy. Stanęłam z boku z Kubą i zaczęliśmy się z siebie śmiać. Dwa wieśniaki na salonach i się zaczęło. Weszliśmy, sama nie wiem gdzie. Taki pokój spotkań. Ehh emocje! Niewiele się odzywałam, wzruszenie, zaskoczenie, szok i niedowierzanie. Tam już czekał Kuba B. brat Kuby, za chwilę zeszli do nas Fabiański i Piszczek i tak siedziałam, nie mogąc wydusić z siebie nic konkretnego. 


Moim Kubusiem chłopaki zajęli się niesamowicie. Podeszli do syna bardzo indywidualnie i z sercem. Byli przygotowani na przyjazd Małego Piłkarza. Wręczyli prezenty piłkę, torbę, ochraniacze. Były autografy. Reprezentanci Narodowej zadawali pytania: skąd jesteśmy? Czym przyjechaliśmy? Jak długą podróż odbyliśmy? Gdzie gra? Co lubi? Kubuś również niewiele mówił. Odpowiadał krótko, zwięźle i na temat. Był bardzo zestresowany i zaskoczony tą sytuacją siedząc na jednej sofie z Błaszczu.
Wcześniej nie potrafiliśmy wyobrazić sobie nawet tego spotkania. Niewiele o tym w sumie nawet rozmawialiśmy...To była niepewność i pewien lęk czy to w ogóle jest prawda?
Co ma się zdarzyć? W trakcie spotkania wszystko przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. W trakcie pogaduszek jakoś tak samo z siebie wyszło, że przyjechaliśmy z niewielkiego miasta, podróż długa, męcząca, a powrót mieliśmy o 22:30. W domu bylibyśmy na ok drugą w nocy. Kuba Błaszczykowski zapytał czy idę jutro do pracy, czy Kubuś idzie do szkoły? Syn od razu ochoczo odpowiedział, że nie musi, jakby czuł co się tutaj święci. Tak oto zostaliśmy ugoszczeni do dnia następnego w tym pięknym hotelu. Było cudnie, kolacja do łóżka, śniadanie. Kuba B. jeszcze poinformował nas, do której będzie, co teraz ma do załatwienia i w razie jakichś niedogodności wiedzieliśmy gdzie możemy go szukać. Zwiedzanie i cieszenie się hotelem. Widzieliśmy z daleka Kubę B. na ważnym spotkaniu. Mój mały z chęcią by tam biegał i biegał. Troszkę musiałam go przytemperować, żeby się aż tak nie narzucał, że jeszcze będzie może okazja do spotkania w dniu następnym. 

Poszliśmy spać. Kuba padł, ja nie mogłam zasnąć. Zbyt wiele wrażeń jak na jeden dzień. Spałam może ze trzy godzinki. Rano zaczął się kolejny fantastyczny dzień. Śniadanie, spotkania z resztą reprezentacji, autografy, pamiątkowe zdjęcia i jeszcze jedna chwila z Kubą. Cała reprezentacja szła na spotkanie z dziećmi z Tymbarku. Kuba szedł ostatni. Zatrzymał się przy nas o spytał czy wszystko ok? Czy się wyspaliśmy i wtedy było moje 5 minut.

Podziękowałam, życzyłam powodzenia, serdeczny uścisk dłoni i ostatnie pamiątkowe zdjęcie. Coś wspaniałego, niesamowita dwudniowa przygoda z Kubą, jego bratem oraz Reprezentacją Narodową. To spotkanie, podejście Kuby B. do swojego imiennika, do imiennika mamy, dało nam tak pozytywnego kopa w życiu. Naładowało nas tak pozytywną energią. Dało nam ogrom siły i jeszcze większej motywacji. Będziemy to trzymać mocno, doceniać i nie puścimy! 

Wszystkim rodzicom ich dzieciom życzę z całego serca by dążyli do postawionych sobie celów. Nie zrażali się porażkami. Kuba Błaszczykowski wypowiedział do mojego syna wspaniałe, budujące słowa "Nigdy się nie poddawaj" A My? Nigdy nie będziemy!


TP: Co by Pani powiedziała rodzicom, którzy w codziennym pędzie nie znajdują czasu na rozwijanie talentu dzieci?

MS: Nie mi jest dane cokolwiek mówić i umoralniać. Każdy żyje jak chce? Gdybym ja nie znajdowała czasu bym straciła wiele. Inni za czymś pędzą, nie mają czasu wspierać pasji dziecka. Ja cenię każdą chwilę, nie odpuszczam, ani grama, bo wiem, że następna nie będzie taka sama. Niektórzy mogą wszystko kupić za pieniądze. Ale wspólnych chwil, przeżyć, wspomnień, pozytywnych emocji i nie tylko pozytywnych nie można kupić.

Jeśli chodzi o piłkę, to potrafię być dla Kuby czasem surowa. Nie należę do tych rodziców, którzy klaszczą, bądź wiecznie powtarzają "To nic", "Nic się nie stało". Gdy widzę błąd, Kubuś o tym doskonale wie. Nie tumanię swojego dziecka, że jak zrobi coś źle to twierdzę, że było super. Wymagam, bo wiem że go na to stać. I jeśli ktoś tak jak Kuba gra już trzy lata, to też przecież doskonale wie, że popełnił błąd, bądź mógł to zrobić o wiele lepiej. Jestem z nim po prostu szczera. Czasem nawet mu łezka pocieknie. Ale to jest podobnie jak ze szkołą, za jedynkę rzadko kto pogłaska swoją pociechę. Oczywiście tu należy znaleźć jakiś złoty środek. Bez przesady. Czasem po prostu nie wyjdzie i tyle. Kiwnę tylko głową, że jest ok. Chwil szczęścia, euforii z odniesionych sukcesów, chwili zadumy, przemyśleń wspólnych, wspólnych analiz co poprawić, co poćwiczyć, łez porażki, kupić się nie da za żadne miliony.

W ostatnim turnieju chłopcy zajęli czwarte miejsce, przegrywając walkę o trzecie. Trzech ich siadło tak jak stało i w płacz. To była życiowa lekcja pokory, skruchy nauka, że jeszcze dużo pracy przed nami. Reakcja na porażkę. Ja się wzruszyłam, podeszłam do chłopaków, przybiłam piątkę i pogratulowałem walki. Takie chwile są bezcenne, bo są to uczucia naszych dzieci. To jest piękne. Takie chwile i każde inne wspólne przed nami są bezcenne i każda z nich jest jedyna, niepowtarzalna.Zdarza się tylko raz,ten jeden jedyny raz w życiu. Za talentem stoją postawione sobie cele, marzenia, sukcesy, budujące porażki, które jak wspomniałam uczą pokory i szacunku do przeciwnika. Do innego człowieka! Walka fair play to znaczy być w przyszłości uczciwym człowiekiem. Piłka nożna to nie nuda, nie ganianie 9,11 chłopa za jedną piłą. Każda inna pasja, talent to nie nuda. To nie głupie widzimisie dziecka na, które rodzic nie ma czasu, albo chęci. To nie jest czas stracony. Za tym wszystkim stoi nasze dziecko, które chce tak jak i my dorośli cały czas coś chcemy. To dziecko z talentem, z pasją wierzę w to i tym się w życiu kieruje, że w przyszłości więcej zyska, aniżeli dziecko, któremu wszystko podane zostaje na tacy, któremu wszystko przychodzi lekką ręką, bo tato, albo mama załatwi. Poprzez dążenie do celu, dążenie do bycia lepszym od samego siebie z dnia wczorajszego dziecko uczy się być lepszym człowiekiem. Uczy się ciężkiej pracy. Nie nad innymi, ale nad samym sobą. A Ja? Podzielam pasję syna, dzięki czemu wiele o nim wiem, dane jest mi częściej z nim przebywać, obserwować. 

 Kiedyś nadejdzie taka chwila, że syn wyfrunie w świat, a ja będę tęsknić, ale wtedy z czystym sumieniem powiem sobie "Nie żałuję". Nie będę się biła z myślami, że gdybym mogła cofnąć czas, więcej bym go poświęcała własnemu dziecku. Bo będę wiedziała, że zrobiłam wszystko by być przy nim w ważnych dla niego momentach. Wiem, że na stare lata to do mnie wróci, ponieważ teraz Kubę tego uczę. Każdy człowiek zasługuje na ciepło, miłość i uwagę. Podobno tyle do ciebie wraca ile sam jesteś w stanie dać. Choć jeśli chodzi o Kubusia dał i wiele i niewiele? Nasi bliscy wiedzą o czym piszę, a w dość ekspresowym tempie wróciło do niego dobro ze zdwojoną siłą? Spełniło się marzenie, spotkała nas jeszcze inna piękna niespodzianka. Dziecko nie wie, ono się uczy, obserwuje dorosłych. Ja Kubie pokazuję, a jemu to wchodzi w krew. Coraz częściej to robi i z czasem dobro staje się nie tyle wielkim wyczynem, a normalnością. Znajdowałam, znajduję i będę znajdowała czas na pasję swojego dziecka. Dokładnie w ten sposób będziemy dążyć do kolejnych postawionych sobie celów, do realizacji marzeń. Ciężką pracą, zarówno moją jak i mojego syna.

TP: Jakie macie plany na przyszłość z Kubą?

MS:  Starać się być dobrymi ludźmi, szczęśliwymi, żyć własnym życiem, we właściwym dla nas tempie. Rozmawiać ze sobą o wszystkim, tak jak dotychczas. Jesteśmy na stopie przyjacielskiej. Pewneg razu w kwiaciarni pani opowiadała Kubusiowi, że jak byłam w jego wieku, również u niej kupowałam. Rozmawialiśmy o nas, o Kubusia pasji. W pewnym momencie pani odwróciła się do swojej siostry i mówi "spójrz oni rozmawiają ze sobą jak starzy przyjaciele". Fajne nie? Jeżeli życie  da nam cieszyć się z odnoszonych sukcesów, to będziemy to robić. Jeżeli zaś rzuci nam kolejne kłody pod nogi, będziemy starali się być na tyle silni, by je omijać i dalej robić swoje.

 Planujemy spełnianie powolutku (nic na siłę) kolejnych marzeń, dążenie do postawionych sobie celów. Będziemy jak dotychczas cieszyć się z życia i czerpać garściami co los, nam ofiaruje. Za nami długa droga, przed nami niejeden jeszcze mur. Chcemy być z dnia na dzień lepsi, więc będziemy ćwiczyć w pocie czoła. Tak naprawdę wszystko czego potrzebujemy trzymamy w rękach, pasję, cele, marzenia, wiedzę. Nasze życie to wciąż niezapisana wielka księga.

TP: Serdecznie dziękuję za rozmowę, miło było dowiedzieć się czegoś więcej o innych zaangażowanych rodzicach.

MS:   Korzystając z okazji chciałabym od siebie jeszcze coś na koniec dodać. Jestem mamą małego piłkarza już pare ładnych lat. Tak! Małego Piłkarza, a nie adepta na piłkarza, jak to fachowo się nazywa. Bo to jest moje dziecko, a nie mój uczeń! To ja pierwsza poczułam bicie jego serca, to ja pierwsza ocierałam jego łzy. To ja pierwsza całowałam mu zbite kolano. I to ja-mama jestem przy nim od jego pierwszych chwil.

Wszystko zaczęło się od nas, rodziców. Do nas należy obowiązek wychowywania i kształcenia własnych dzieci, wpajanie im reguł, uczenia uczciwości i moralności. Stosunku człowieka do człowieka. Nie do szkoły, nie do trenerów, nie do sędziów. Wszyscy oni to jest dalszy plan. W końcu to my rodzice puszczamy po części już odchowane przez nas dzieci do szkoły, na trening. To my jako pierwsi i najważniejsi puszczamy pociechy w świat. Do czego dążę? Wierzcie w swoje dzieci, w ich umiejętności, w dobro. Zauważajcie to chwalcie i popierajcie, nawet gdy zwątpi w nie cały świat stańcie za własnymi dziećmi murem! 

Znacie je przecież najlepiej od zawsze. To do was pierwsze przychodzi ze swoimi problemami. Wysłuchajcie do końca zanim w połowie przerwiecie. Kto lepiej je zrozumie jak nie rodzic. Róbcie swoje to co uważacie za dobre dla was. To wam ma być dobrze, to wy macie być szczęśliwi. Gdy wy będziecie szczęśliwi i dobrzy, wasza dobroć będzie zarażać innych wokół. Oczywiście jest jeden warunek, by przy tym świadomie nikogo nie krzywdzić. Nie jestem zwolenniczką czerpania wiedzy z cudzych rąk. Mam swój własny rozum i żyję według własnych zasad. Nie wzoruję się tez na nikim. Nie dążę do bycia kimś innym. Życie nauczyło mnie nie zazdrościć, nie porównywać się z innymi, iść własną drogą. I wiecie co? Jestem szczęśliwym człowiekiem. Tak pragnę wychowywać swojego syna, żeby był zawsze sobą i nikim innym. Dlatego też nie dajcie się zwariować! Każdy jeden z nas, każdy trener, sędzia, czy też nauczyciel popełnia w swoim życiu błędy. Tak jest, było i będzie. Naszym priorytetem jest nasze dziecko.

Jaką dajecie gwarancje, że pasja nie minie, że dziecko znajdzie sobie całkowicie inne zainteresowanie? I wtedy co? Wszystko mija.J eden przychodzi, inny odchodzi, ale wy zostajecie! Nabierzcie trochę dystansu i wyluzujcie. Postarajcie się znaleźć złoty środek, zanim dacie się zwariować i pełną odpowiedzialnością powierzycie w stu procentach umiejętności i to co sami wypracowaliście, czyli wiarę we własne dziecko i umiejętności. To na was rodzicach spoczywa pełna odpowiedzialność za wasze dzieci. Nie wpajajcie dzieciom, że trener, sędzia, wychowawca ma być na siłę ich autorytetem. Dajcie dziecku wolność wyboru, wolność słowa. Metodą prób i błędów. Dajcie dziecku podjąć jego własną decyzję. W dorosłym życiu będzie zmuszony wielokrotnie stanąć przed trudnymi wyborami, a nie uzależniać się od zdania innych. Nigdy się nie poddawajcie i pamiętajcie, że dobro wraca.

Na zakończenie zamiast cytatu chcę wam przekazać słowa mojej ulubionej piosenki, która utkwiła mi w pamięci już chyba na zawsze:
"Panie Boże jest problem, ludzie chcą być Tobą". Dziękuję i pozdrawiam serdecznie. Mama Piłkarza.

TP: Dziękuję jeszcze raz!

Jeśli podobnie jak Monika chcecie podzielić się waszą pasją i dążeniem do celu, to serdecznie zapraszam do kontaktu.

[ŁO, tata piłkarza]

Prześlij komentarz

Wpisz szukane słowo i wciśnij Enter